sobota, 17 listopada 2007
Reggae i soul dla Boga
Tyle piątek co na mszy niedzielnej w Amsterdamie jeszcze nigdy nie przyłożyłam
Wystarczy 20 minut jazdy amsterdamskim metrem nr 53 by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Zamiast kamieniczek nad kanałami, blokowisko, po którym przechadzają się wystrojone niedzielnie murzyńskie rodziny i zakochane pary.
O 14.30 rozpoczyna się msza w tutejszym Pentecost Revival Church, czyli Zielonoświątkowym Kościele Odrodzenia. To jeden z 300 afrykańskich kościołów w południowo-wschodniej części Amsterdamu. Kościół to żaden kościół lecz piwnica w szarym biurowcu. W holu pachnie kawą i perfumami, dzieci biegają, dorośli stoją w grupkach. Z sali za przeszklonymi drzwiami dobiega śpiew, ktoś stroi gitarę.

Na tablicy ogłoszenia parafialne: spotkanie zgromadzenia bożego - na kartce zapisali się Moisé, Samuel, Laurenzo i Pedro; post całonocny i modlitwa od godz. 23 w piątek, spotkanie ewangeliczne w czwartek, w sobotę uczta miłości; ulotka ?Masz problem z kupieniem domu? Nasza firma pomoże ci za darmo?.
Wierni dopijają kawę, wchodzimy na salę. Niski sufit, szara wykładzina, plastikowe krzesła i kwiaty, zaciągnięte białe zasłony na ścianach, przezroczysta kazalnica z nazwą i symbolem kościoła (płonące serce Jezusa, nad nim pikujący głową w dół gołąb). Za kazalnicą ekran rzutnika, przez całą mszę na zmianę z tekstami pieśni pojawiać się będą napisy ?nie rzuć gumy? i ?wyłączyć komórki?.
Śpiewamy, kiwając się w rytm afrykańskich melodii, trochę soul, trochę reggae. Klawisze, gitara elektryczna i basowa, perkusja, afrykańskie bębny. Na scenie trio chórzystek o pięknych głosach, ale i wiernych trudno uznać za fałszujących. Na sali 200 osób, pełen przekrój wiekowy.
Na scenę wbiega Izaak (pomocnik wielebnego, szkoli się na kapłana).
- Alleluja! Jesteście szczęśliwi? - krzyczy do wiernych wznosząc w górę prawicę.
- Yeah! - odpowiadają wierni i nagle wszyscy wokół zaczynają przybijać piątki, ja też klaszczę w podstawioną dłoń sąsiadki. To jedna z niezliczonych piątek, które przyjdzie mi przybić tego popołudnia w kościele.
- Niektórzy chcieliby nam coś wyznać, zapraszam na scenę Leticie - mówi Izaak.
Leticia to dziewczyna lat około 20, przejmuje mikrofon i opowiada długo i rozwlekle:
- Stojąc przed tym zgromadzeniem chciałam powiedzieć, co Bóg dla mnie uczynił. Miałam dużo kłopotów. Chciałam dalej się uczyć, ale szkoła którą wybrałam kosztuje 7 tys. euro. Modliłam się do Pana o pieniądze. Było mi tak źle, że nie chciało mi się wstawać, ale w końcu poszłam do skrzynki i znalazłam list, w którym urząd przyznał mi pieniądze. Teraz mówię, by dodać wam odwagi, trzeba wierzyć i modlić się. Nie będę już nigdy niewdzięczna. 
Na sali oklaski. Dziewczyna schodząc ze sceny ma łzy w oczach. Znów śpiewamy i tańczymy.
Ogłoszenia parafialne, czyta Izaak: - 29 listopada otwieramy nową siedzibę kościoła, zarezerwujcie więc sobie wolne w pracy. Będą politycy z Amsterdamu i ludzie królowej, może nawet ona sama. I pamiętajcie, módlcie się przez cały tydzień za naród holenderski.

Znów śpiewamy i przybijamy piątki mówiąc do siebie ?to mój dzień?, ?jesteś sławny?, ?jesteś dobry?.
Pod dwóch godzinach przychodzi czas na kazanie. Przy mównicy wielebny Emmanuel Koney, szczupły, w garniturze, na ekranie wybrany na dziś fragment (Genesis, rozdział 48, wers od 10 do 22), ktoś z sali czyta na głos. Wierni wyciągają swoje biblie, podkreślają wersy markerami. Kiwają się, potakują, wzdychają, mówią amen lub ?oh, yeah?. Wielebny wytrzymuje przy pulpicie przez dwie minuty, potem biega po sali, zrzuca marynarkę, jest bardzo ekspresyjny, krzyczy.

- Czytamy o tym, że Izrael na starość niedowidział. Twoje ograniczenia też dadzą o sobie znać. Nie ważne jakie będą, czy będzie to kolor twojej skóry, miejsce gdzie mieszkasz, to jak wyglądasz, czy sposób w jaki mówisz. Każde ograniczenie ma przyczynę. Pan dał ci je, byś się zdyscyplinował i przezwyciężał. Zrzucamy winę za nasze porażki na innych dlatego, że odmawiamy dyscyplinowania samych siebie. Otwórz swoje duchowe oczy, by przezwyciężyć każdy problem, który przyjdzie.
Wy którzy narzekacie! Jeśli pozwolicie, by waszą duchowość ograniczały jakieś zewnętrzne przeszkody, upadniecie i poniesie was zło. Mówicie, że wasze problemy spowodował biały człowiek, biały mówi że czarni są winni, bo jest ich za dużo w tym kraju - tak mówi wielu. To kłamcy!!! Wartość człowieka nie wiąże się z jego kolorem. Mogą mnie przekląć, zaczarować, wyzywać, nie ważne, bo wierzę w zbawienie!!!
Nastrój w powietrzu jest euforyczny, że od razu chce się wcielać w życie treść 40.minutowego kazania. Uczestników mszy ogarnia ekstaza, niektórzy trzęsą się jak w malignie, inni padają na kolana, jeszcze inni chodzą w kółko i biją pokłony.
Kapłan przechadza się wśród wiernych, od czasu do czasu kładzie komuś rękę na czole, wtedy ta osoba słania się i osuwa na podłogę. Leżący po minucie, dwóch wstają i wracają na miejsce. Jakaś kobieta wybucha histerycznym śmiechem.
Stopniowo wszystko się wycisza, wielebny uspokaja wiernych. Na środku sali staje pudło na nóżce, ludzie jak na weselu formują węża i tańcząc podążają do pudła z ofiarą. Wrzucam 5 euro, takich banknotów jest najwięcej.
Rozgrzani muzycy dają z siebie wszystko, widać że ksiądz chce już kończyć, ale wierni nie mają dość. Skaczą w kółku na środku. Maluchy, które zniosły trzy godziny siedzenia na kolanach mam, też. I wreszcie koniec, teraz wierni szykują posiłek.
Wielebny Koney prowadzi mnie do gabinetu. Na ścianach certyfikat przynależności do Międzynarodowej Konwencji Ministerstw Wiary oraz nagroda dla bohatera roku 2007 od Stowarzyszenia Liderów Afrykańskich Kościołów w Amsterdamie.
Wielebny ma 43 lata, żona, czwórka dzieci, w tym jedno adoptowane, najstarsza córka studiuje medycynę. Sam skończył teologię w Ghanie, stamtąd pochodzi. W Amsterdamie jest misjonarzem swego kościoła i jego zwierzchnikiem na Holandię. 
Ma 600 wiernych w tym mieście, ale nie wszyscy zawsze przychodzą na mszę. Są emigrantami z Togo, Ghany, Surinamu, Kamerunu, Beninu, Liberii, Nigerii, Zairu, Zimbabwe...
- Wierzymy w biblię, uzdrowienia, cudy, zbawienie i w medytację, mamy chrzest - wylicza. - Ludzie przychodzą do kościoła, bo wierzą, nie dlatego, że coś się im w życiu popsuło, jak to bywa z innymi chrześcijanami - mówi. - Przychodzą też do mnie z problemami mieszkaniowymi, albo ze zdrowiem. Pomagam, ale pomógłbym i buddyście, i muzułmaninowi. Mam holistyczną wizję świata.
Mówię mu, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie msza, jak inna jest od tych odprawianych w Gdańsku.
- Zapał, który wykrzeszę z siebie daje moim wiernym siłę na cały tydzień. Dynamika jest potrzebna, by trafić do wiernych. I silna wiara oczywiście.
Opowiadam mu o Radio Maryja, pytam co sądzi o zaangażowaniu kościoła w politykę. Koney uśmiecha się tylko, wzrusza ramionami: - Ja też im mówię, żeby szli głosować, ale nigdy nie na kogo. My się w kościele modlimy i to jest nasza misja.

piątek, 16 listopada 2007
Fiets znaczy rower
Odgłos ruchu ulicznego w Amsterdamie to szelest łańcuchów i pobrzękiwanie dzwonków. Ponad 40 procent ruchu ulicznego w tym mieście odbywa się na rowerach. Imponujące, prawda?
Na 740 tysięcy mieszkańców Amsterdamu przypada dziś 600 tysięcy rowerów. Cykliści pojawili się tu już pod koniec XIX wieku. W latach 70.tych, kiedy samochód na zachodzie Europy stał się dobrem dostępnym dla każdego, również w Amsterdamie przybyło mnóstwo aut. Jednak miasto szybko się zakorkowało i ludzie sami z siebie powrócili do jednośladów. Teraz ścieżki rowerowe są już wszędzie gdzie mogły powstać, tam gdzie nie ma na nie miejsca jeździ się po ulicy, nawet jednokierunkowe są obustronnie dostępne dla rowerzystów. 
Urzędnik od rowerów
W Amsterdamie politykę rowerową planuje się w cyklu czteroletnim. W tym roku przyjęto właśnie kolejny plan. Nad realizacją czuwa koordynator ds. polityki rowerowej miasta, urzędnik zatrudniony wyłącznie w tym celu w departamencie infrastruktury i transportu magistratu.
- 90 procent sieci ścieżek w mieście jest gotowa, ale wciąż potrzebujemy usprawnień - ocenia Ria Hilhorst, socjolog, od siedmiu lat rowerowy koordynator. - Wyzwania na najbliższe lata to postawienie kolejnych parkingów rowerowych w centrum, budowa ścieżek dwupasmowych tam gdzie jest to możliwe i kursy dla emigrantów spoza Europy, którzy nie mają kultury rowerowej i za mało korzystają z jednośladów.
Główny partner Rii Hilhorst to organizacje zrzeszające rowerzystów, miasto konsultuje z nimi swoje pomysły, sami rowerzyści też zasypują władze swoimi pomysłami. - To głównie dzięki ich aktywności mamy taką infrastrukturę – podkreśla Ria Hilhorst i radzi trójmiejskim rowerzystom, by wspólnie lobbowali u władz.
Budżet planu czteroletniego wynosi 70 milionów euro, 75 procent pieniędzy pochodzi z kasy miasta, 25 dopłaca budżet centralny.
Zachęcać i zniechęcać
Wokół dworca centralnego na barkach i wielopoziomowych platformach pobudowano parkingi na 10 tysięcy rowerów. Po to, by ludzie którzy pracują w centrum dojeżdżali komunikacją publiczną do dworca i dalej jechali już na rowerze. I odwrotnie: by mieszkańcy centrum, jadąc do pracy za miastem, dojeżdżali do dworca na rowerze i wsiadali w pociąg. Jednocześnie ograniczono w centrum liczbę miejsc do parkowania samochodów i wprowadzono zniechęcająco wysoką stawkę za godzinę postoju - 4,50 euro. 
Turyści nie wiedzą
Wypożyczalnie rowerów nie tylko wynajmują jednoślady turystom, organizują też dla nich tematyczne wycieczki rowerowe po mieście: śladami Rembrandta, nowoczesna architektura, śladami gejów i lesbijek... Uczestnicy otrzymują kupony zniżkowe do muzeów, sklepów, czy jadłodajni na trasie wycieczki. Wypożyczalnia MacBike wydała też mini poradnik dla turystów “Jak jeździć na rowerze po Amsterdamie”.
- Poprosili nas o to mieszkańcy, których nieraz irytuje hmm... sposób jazdy turystów – tłumaczy Hils, która pracuje w MacBike. - My wiemy, że za pięć sekund czerwone światło na danym skrzyżowaniu zmieni się na zielone i przejeżdżamy, ale turysta tego nie wie, więc radzimy by nie jeździł na czerwonym. Turyści nie wiedzą też, że nie wolno jeździć ścieżką pod prąd i wielu innych rzeczy.
W tej wypożyczalni jest około 600 rowerów. Rower na godzinę kosztuje 6 euro, na dobę 8,50.
-W tym mieście wypożyczalnia to świetny biznes. W zeszłą sobotę mieliśmy 800 wypożyczeń, licząc te na godziny - wylicza Hils. - W letnie weekendy w wypożyczalniach w całym mieście nie wystarczy rowerów dla wszystkich chętnych.
Amsterdamczycy korzystają z jednośladów przez cały rok, śnieg to rzadkość. Na deszcz wystarczy dobry płaszcz, na mróz wystarczy szybko się poruszać.
Do rowerów przyzwyczaja się tutaj od małego. 10.latkowie zdają w szkole egzamin na kartę rowerową. Odpowiednie szkolenie przechodzą też kandydaci na kierowców. W innych miastach Holandii musisz uważać na auta, tutaj to kierowcy mają przestraszone oczy i kręcą głową na wszystkie strony – mówi Hils. - W razie wypadku zawsze winien jest kierowca, czasem niesprawiedliwie, bo rowerzyści często przeginają. Ale cóż: my rowerzyści przejęliśmy władzę w tym mieście, a w Trójmieście musicie jeszcze zawalczyć!

Izabela Jopkiewicz
Na rowerze po Amsterdamie (dane z 2005 roku):
250 km ścieżek dwukierunkowych
150 km ścieżek jednokierunkowych,
140 sklepów rowerowych i wypożyczalni
25 parkingów strzeżonych
Rowerowa ciekawostka
Jeśli rower będzie zaparkowany w niedozwolonym miejscu lub jego stan techniczny bliższy będzie złomowi, niż pojazdowi, zostanie zabrany do AFAC, czyli Amsterdamskiego Centrum Przetwarzania Rowerów. Do tej jednostki podległej miastu trafiają też rowery kradzione. Zarekwirowany pojazd można odebrać samemu (zobowiązując się do naprawy, jeśli zabrano go ze względów technicznych) w siedzibie AFAC lub poprosić o dostarczenie zguby do domu (koszt 10 euro).
Jednoślady są przechowywane przez trzy miesiące, jeśli nikt się po nie nie zgłosi przejmuje je ASVA, czyli Stowarzyszenie Studentów w Amsterdamie. Studenccy wolontariusze remontują je, każdy kto do ASVA należy może później kupić taki rower za 45 euro.
czwartek, 15 listopada 2007
Sto i pięćdziesiąt metrów względnej wolności
A gdyby tak zamieszkać na łodzi na którymś z gdańskich kanałów... Jak by to było? Nie ma lepszego miejsca na sprawdzenie, niż Amsterdam. Wprosiłam się więc na barkę państwa Blauw, od ponad 25 lat mieszkają na wodzie
Przy byłym zachodnim doku portowym w Amsterdamie, dwa kilometry od dworca głównego zacumowało osiedle kilkudziesięciu łodzi mieszkalnych. Są różne: drewniane i stalowe, wypieszczone i zapuszczone, z miniogródkami na pokładzie i bez zieleni. Przed każdą skrzynka z mediami i numerem stanowiska. Eric Blauw sobotnie popołudnie spędza czytając gazetę i pijąc kawę w sterówce, jego żona Joke jest pod pokładem. Wchodząc do tego domu trzeba się schylić i uważnie pokonać strome schodki. W środku pachnie jak na statku, smarem? zużytą ropą? W gabinecie pana domu stoi biurko z komputerem. Jest jasno dzięki dwóm bulajom. Na drewnianej podłodze i w metalowych szafkach piętrzą się akta – Eric Blauw jest szefem Watering Amsterdams Front, jednej z kilku organizacji zrzeszających mieszkańców barek. - Ta łajba może jeszcze pływać, sam zbudowałem silnik – z dumą podkreśla Eric Blauw i opowiada, jak wylądował na wodzie. Jego żelazna barka powstała w 1898 roku, przez 70 lat służyła do transportu węgla i piasku, później przez 10 stała pusta, aż w końcu ją kupił. Remont trwał dwa lata, trzeba było zrobić podłogi, okna i schody, założyć izolację, elektryczność, gaz. Połowa z 2,5 tysiąca amsterdamskich barek mieszkalnych to podobne wysłużone jednostki, reszta jest nowa, budowana na wzór starych łodzi albo przypominająca kształtem kontener. Po przeprowadzce małżeństwo przez 10 lat pływało po Holandii, cumując w różnych miastach. Eric Blauw uczył angielskiego, jego żona wychowywała dwójkę dzieci. 15 lat temu zacumowali na stałe w Amsterdamie.  Dzieci mają swoje rodziny, żyją na lądzie. Oprócz małżeństwa na barce mieszkają dwa krągłe koty (staramy się, żeby nie pękły z przejedzenia – żartuje gospodarz). Ich dom ma 30 metrów długości, pięć szerokości. Te 150 mkw. to więcej miejsca niż w przeciętnym amsterdamskim mieszkaniu: trzy pokoje plus biuro, obszerny salon z kuchnią, łazienka i spiżarka. Kiedyś w salonie stał nawet fortepian, ale starsza córka Blauwów zabrała go ze sobą. Jak jest tu w zimie? Ciepło. Z dołu grzeje woda, która pod powierzchnią nigdy nie zamarza, ściany są izolowane, na to boazeria. Dwa piece olejowe bez problemu ogrzewają wnętrze. A zaopatrzenie w wodę? Pięć ton wody w zbiornikach wystarczy na długo. Wszystkie ścieki lecą do kanału. - Moglibyśmy się podłączyć do kanalizacji, ale po co – wzrusza ramionami Eric Blauw. - Nigdy nie udowodniono, że nasze ścieki szkodzą kanałom. To nie jest stojąca woda, kilka razy w tygodniu spuszcza się ją do morza. A poza tym ze ścieków żyją ryby, na przykład węgorze. 20 lat temu nie było ich w kanałach. To najlepszy dowód, że nie szkodzimy. Nie jest łatwo zamieszkać na wodzie w Amsterdamie. Liczba miejsc do cumowania barek została zamrożona, można odkupić od kogoś istniejące już miejsce z łodzią lub bez, koszt samego miejsca przy nabrzeżu to nawet 120 tys. euro. Do tego trzeba zapłacić za licencję (dwa tysiące euro) plus coroczny podatek (osiem euro za metr barki). - Odmówiłbym każdego mieszkania, czy domu - zapewnia Eric Blauw. - Na barce wszystko jest mocniejsze: deszcz pada tuż przy uchu, tak samo wieje wiatr, rano chodzą po pokładzie ptaki, możesz siedzieć na zewnątrz, to trochę więcej wolności niż mają mieszkańcy domów. A jakie rady miałby dla mieszkańcy Trójmiasta, który chciałby zamieszkać na wodzie?- Zastanów się. Jeśli majsterkowanie, opukiwanie rdzy, malowanie i składanie silników sprawia ci przyjemność, możesz mieszkać na wodzie. Jeśli technika cię nie pociąga, lepiej się za to nie bierz. Na łajbie wszystko trzeba robić samemu, inaczej kosztowałoby fortunę.

Nie tylko domy na wodzie Sieć 160 amsterdamskich kanałów ciągnie się na przestrzeni 75 kilometrów. Wykopano je w XVII wieku, wtedy służyły kupcom do transportu towarów z portu do magazynów położonych przy kupieckich domach. Dziś mieszkańcy Amsterdamu wciąż mają we krwi żeglugę i wiosłowanie. Sami zobaczcie
Średnia głębokość kanałów to trzy metry. Wystarczy, by poruszać się po wodnej sieci na różnego rodzaju jednostkach pływających. Odpadają tylko żaglówki – masztom przeszkadzałaby setki tutejszych mostów i mosteczków. Tysiące ludzi ma swoje łódki, przypływają do centrum na zakupy, pływają też na pikniki za miasto. Działają też wypożyczalnie rowerów wodnych, urządzające wycieczki z przewodnikiem dla turystów i wyścigi dla rodzin i grup z zakładów pracy. Po kanałach kursuje ponad 70 statków wycieczkowych. Rocznie korzysta z nich około 2,4 miliona pasażerów. Firmy trudniące się przewozem prześcigają się w pomysłach. Organizują rejsy z obiadem lub kolacją (do tego może być też muzyka na żywo), wesela i konferencje. Dla kilkunastuosobowych grup teatromanów wymyślono rejs “przed spektaklem”, na pokładzie podawany jest posiłek, później załoga wysadza gości przy nabrzeżu najbliższym miejsca spektaklu, czeka na powrót klientów i odwozi ich w wybrane miejsce. Można też wynająć sobie wodną taksówkę (dla grup do 44 osób) wybrać sobie trasę i dowolnie rozporządzać minibarem i sprzętem stereo, dla chętnych dodatkowo akordeonista. Są też wodne autobusy (Canal Bus), trzy trasy obejmują14 przystanków w centrum. Po drodze są wszystkie najważniejsze turystyczne atrakcje, jeden bilet za 18 euro obowiązuje na wszystkich trasach, ważny jest do południa dnia następnego. Za promy kursujące do północnej największej dzielnicy Amsterdamu nie trzeba płacić. Służą pieszym, rowerzystom i motocyklistom, kursują przez całą dobę. Na rzece Amstel i jej kanałach można też napotkąć pływającą filię kultowego w Amsterdamie klubu Supperclub, w którym kolację gościom podaje się do łóżka. Statek zawija do kilku nabrzeży, można się tam dosiąść do imprezy lub ją opuścić. Trzy minuty od dworca głównego cumuje Amstel Botel, czyli hotel na wodzie na zaadaptowanym do tego celu morskim wycieczkowcu. Ma 175 pokoi. Woda w mieście ma również swoje coroczne święta: wyścigi szalup w kwietniu, parada holowników w maju, bieg wzdłuż kanałów w czerwcu, koncert muzyki klasycznej nad kanałem Książęcym (muzycy grają na łodziach, a publiczność ogląda ich z brzegów i mostów) w sierpniu, wyścig smoczych łodzi w sierpniu...
środa, 14 listopada 2007
Makaronowy biznes i inne lokale
Ponad tysiąc lokali gastronomicznych w samym tylko centrum Amsterdamu nie wzięło się znikąd. Formalności dla chętnych na otwarcie takiego biznesu nie trwają długo, a klimat dla knajp w mieście jest sprzyjający: tutaj każdy wie, że w centrum miasta musi być głośno - kto chce w nim mieszkać musi się z tym liczyć
Na 90 tysięcy mieszkańców centrum Amsterdamu i drugie tyle pracujących tutaj przypada ponad tysiąc lokali gastronomicznych. Pod wrażeniem tej imponującej liczby postanowiłam zobaczyć skąd się to wszystko bierze. Szukałam osoby, która dopiero co zaistniała w biznesie i ma jeszcze w pamięci szereg formalności, które musiała załatwić przed otwarciem knajpy. O pomoc poprosiłam Izbę Handlową, która rejestruje wszystkich przedsiębiorców działających w Amsterdamie.
Okazało się, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy w centrum miasta nie ruszył żaden pub, czy restauracja, otworzono wyłącznie kilkanaście barów szybkiej obsługi. Wybrałam makaronowy bar Noodle&Go przy kanale Książęcym.
Knajpiana sytuacja w centrum miasta jest stabilna od dziesiątek lat. Zmieniają się właściciele i nazwy, ale przeznaczenie punktu na gastronomię pozostaje niezmienne. Mitch Molenaar, właściciel nowego makaronowego fastfoodu również przejął lokal po innym barze. Nie ma tu dużo miejsca, ale na bar z jedzeniem na wynos nie potrzeba więcej. Ruch jest spory, jak na niedzielny wieczór. Białe ściany jeszcze tchną świeżością, podobnie lada chłodnicza wypełniona kilkoma rodzajami makaronu, dodatków i sosów. Na ścianie zainstalowano rząd minipieców do podgrzewania makaronów. I to wszystko.
- Jak na pierwszy własny interes wystarczy - mówi 24letni Mitch Molenaar. - Chcę zarobić jakieś pieniądze przez dwa lata, a później zmienić branżę. W przyszłości chciałbym kupować domy, remontować je i sprzedawać później z dużym zyskiem.
Mitch Molenaar kapitał na założenie interesu zarobił w swojej pierwszej pracy. Był marynarzem, pływał w obsłudze technicznej statków handlowych. Zwiedził Azję, Afrykę i Europę, uznał że to mu wystarczy. Uzbierał tyle pieniędzy, że nie potrzebował kredytu.
Czy nie bał się tych wszystkich formalności związanych z założeniem firmy, prowadzeniem lokalu...
Młody biznesmen nie bardzo rozumie to pytanie, a poza tym, jak na człowieka morza przystało, nie jest specjalnie gadatliwy. Wzrusza ramionami: - Formalności trwały niecałe dwa tygodnie. Nie musiałem odwiedzać urzędu miasta. Wystarczyło zarejestrować firmę w Izbie Handlowej, załatwiłem to na miejscu. Do rejestracji potrzebne mi było zaświadczenie, że wynajmuję lokal i numeru podatkowy mojej firmy. Wydrukowałem ze strony urzędu podatkowego formularz, wypełniłem, podpisałem, wysłałem, przysłali mi numer, to trwało najdłużej w całej tej procedurze.

Mitch Molenaar i jego makaronowy przybytek Od dnia złożenia w IH dokumentów mija tydzień i już można otwierać interes. Przez ten czas Izba weryfikuje dane nowego biznesu na podstawie dowodu osobistego właściciela i aktualnego wyciągu z konta bankowego lub wyciągu z aktu urodzenia. I to wszystko w przypadku baru szybkiej obsługi.
Jeśli ktoś chce założyć pub, restaurację, hotel lub kasyno i sprzedawać tam alkohol, musi się poddać procedurze sprawdzenia jego "nieskazitelności publicznej". Tego nie robi samorząd, lecz centralna jednostka państwowa zwana BIBOB, która gromadzi akta wszystkich dłużników oraz osób karanych i ściganych w Holandii. Jeśli człowiek nie występuje w rejestrach jest godny zaufania i może sprzedawać alkohol. Urząd miasta sprawdza jeszcze pomieszczenia, w których ma działać lokal (większość mieści się w domach prywatnych, prywatna własność budynków przeważa w tym mieście). Najczęściej potrzebny jest tylko odbiór strażaków.
Jeśli chodzi o otwarcie knajpy w miejscu, w którym wcześniej nie było podobnej działalności, trzeba sprawdzić, czy propozycja jest zgodna z planem przeznaczenia lokali w dzielnicy - miasto niechętnie zmienia takie plany, a jeśli nawet to zrobi, sąsiedzi mają jeszcze sześć tygodni, by wyrazić protest. Jeśli protest zostanie przyjęty, może się to ciągnąć latami. W centrum miasta jednak na palcach obu rąk policzyć można miejsca, gdzie nie dopuszcza się otwarcia gastronomii, a w miejscach, gdzie knajpy są "od zawsze" sprzeciwy sąsiadów nie zdarzają się.
- Knajpy są tam najczęściej dłużej niż obecne pokolenie mieszkanców - mówi Ton Boon z biura prasowego urzędu dzielnicy Amsterdam Centrum. - Protesty w takich miejscach na nic się nie zdadzą, każdy wie że w centrum miasta musi być głośno.
Formalności przed otwarciem pubu, czy restauracji trwają w sumie trzy, cztery miesiące. Najdłużej czeka się na zaświadczenie o nieskazitelności.
wtorek, 13 listopada 2007
Amsterdamski dzwonek
Lekcja trwa 90 minut, o postępy w nauce dba uczeń, nie ma religii, nie ma mundurków, jest mentor, który co tydzień motywuje do pracy ? tak wygląda codzienność w amsterdamskim Amstellyceum  W tym budynku mieści się Amstellyceum Spędziłam dzień w amsterdamskiej szkolnej ławce. Na cel wizyty wybrałam Amstellyceum położone w zachodniej części miasta, na granicy z centrum. Uczy się tu 520 osób. Chciałam poznać tę szkołę, bo jej uczniowie świetnie się uczą, choć w 90 procentach pochodzą z biedniejszych rodzin emigrantów. - Jeśli rodzice rozmawiają z dzieckiem w domu po turecku, nauka po holendersku jest dla niego trudniejsza, niż dla Holendra. Holendrzy posyłają dzieci do najlepszych według nich szkół, emigrantom pozostaje reszta, na przykład nasza - mówi Dick van Asperen, dyrektor Amstellyceum. - Moim uczniom wystarczy kilka godzin zajęć dodatkowych z holenderskiego, żeby wzbogacić ich słownictwo i zajdą daleko. Jednak prawie 40 procent uczniów w Amsterdamie nie przystępuje do egzaminu po szkole podstawowej i od razu trafia do zawodówki. Tak kiepsko znają holenderski, że nie potrafią przeczytać poleceń.
Szansa siedmiu piątek Podstawówkę zaczyna się w wieku czterech lat, kończy w wieku 12 i zdaje wspomniany egzamin. Uczniowie z najlepszymi wynikami trafiają do klas uniwersyteckich (6 lat nauki), średni do ogólnokształcących (5 lat, daje średnie wykształcenie, też można iść na studia, ale nie na wszystkie), gorsi do pięcioletnich szkół zawodowych (szykuje do nauki kilku zawodów, np. mechanik), najgorsi do zawodówek (4 lata i do pracy). Każda szkoła w Amsterdamie prowadzi kilka typów kształcenia, Amstellyceum ma trzy pierwsze typy klas. Dostaję przydział do I c. Uczniowie tej klasy zdali egzamin na pograniczu między szkołą ogólnokształcąca a zawodową. Amstellyceum daje im szansę ? kto będzie miał przynajmniej siedem piątek na świadectwie z pierwszej klasy, przejdzie do ogólniaka lub nawet klasy uniwersyteckiej. I c wyjątkowo nie ma dziś wuefu, przychodzę na angielski i trafiam na klasówkę, siedzę więc cicho i przyglądam się uczniom. Ani śladu uniformizacji, tak modnego ostatnio w Polsce, uczniowie noszą dredy i sygnety. - Nie ma i nie było tematu mundurków w publicznych szkołach w Holandii - mówi Japke Bauma, dziennikarka gazety NRC Handelsblad. - To byłoby dziwne, gdyby ministerstwo wystąpiło z taką propozycją. Za duże są tradycje niezależności szkół w dziedzinie wychowania, żeby coś takiego im narzucić, a same widocznie nie chcą.
Leo Boon, nauczyciel historii sprawdza obecność Zamiast naszej religii
Po angielskim przechodzimy na historię. Przerwy są tu co dwie godziny lekcyjne, a zajęcia w miarę możliwości dwugodzinne - gdy uczeń ma mniej przedmiotów w ciągu dnia nosi mniej książek i ma mniej pracy domowej do odrobienia. Na historii zaglądam do książek, tematy najbliższych lekcji: pierwsze ludzkie osady, teoria ewolucji Darwina i powstanie człowieka według nauki kościoła. Pytam, czy to trudne? - Bardzo trudne! - potwierdzają chłopaki z pierwszej ławki i strzelają z palców, bo nauczyciel wychodzi z klasy. Za minutę przynosi klucz rozwiązań do testu zadanego do domu, uczniowie sami go sobie sprawdzają. W ramach historii uczniowie poznają też różne religie świata. Chodzą na wizyty do synagog, świątyń buddyjski i kościołów w Amsterdamie. To zamiast naszej religii. Długą przerwę spędzam z Aylin i Angely. Na korytarzach jest czysto, może dlatego że każdy uczeń dwa razy do roku pilnuje porządku na dużej przerwie i sprząta po kolegach. W sali na parterze jest sklepik, automaty z napojami oraz szafki na książki i kurtki (każdy ma swoją, z kluczykiem). W sklepiku ulubione menu uczniów: chipsy, batony i cukierki, ale są też kanapki. Aylin kupuje żelki, Angely bułkę z wędliną. Obie dziewczyny urodziły się w Amsterdamie, rodzice Aylin przyjechali z Turcji, mama Angely pochodzi z Indii, tata z Afganistanu. Przyjaciółki spotykają się czasem po szkole, ale nie jest to łatwe, bo mieszkają na przeciwnych krańcach miasta. W niedzielę chcą pójść na dyskotekę dla dzieci w prawdziwym klubie Exit, ale tata Angely nie jest zachwycony tym pomysłem. Cieszą się, że są w tej szkole, póki co jest w porządku, tylko jeden nauczyciel jest taki sobie. Lubią tańczyć i robić zdjęcia oraz włóczyć się razem po mieście.
Od lewej: Aylin i Angely. Na długiej przerwie byłyśmy razem w parku O postępy dba uczeń Tematem lekcji geografii są różne sposoby wyznaczania odległości na mapie. Nauczyciel mówi o tym przez pięć minut, zadaje tekst do czytania z książki i 10 stron zadań z zeszytu ćwiczeń. Przed nami 80 minut lekcji, jak uczniowie nie zdążą, będą musieli zrobić wszystko w domu. Nauczyciel przechadza się po klasie. Gdy uczeń zawoła, podchodzi i tłumaczy. Siedzę przed moimi koleżankami z przerwy, za nimi Elias i Homsa, pytają jakim samochodem jeżdżę i jakie mamy w Polsce pieniądze. - A wiecie w ogóle gdzie leży mój kraj? - pytam. Wiedzą. Mija pół godziny, klasa zdyscyplinowanie odrabia zadania. Tutaj nauczycielski wykład to rzadkość. Amstellyceum to jedna z kilku szkół w Amsterdamie pracujących metodą pedagog Marii Montessori. Oznacza to, że odpowiedzialność za postępy w nauce spoczywa na uczniu. W pierwszej klasie są nawet zajęcia na temat różnych sposobów uczenia się. Szkoła monitoruje postępy i dba o motywację. Tym ostatnim zajmuje się mentor, który co tydzień spotyka się z każdym uczniem, omawiają postępy i porażki. Jeśli uczeń nie radzi sobie z jakimś przedmiotem, ma zajęcia wyrównawcze i ekstra prace domowe. Amsterdamcy uczniowie mają bardzo dużo wolnego: dwa tygodnie na Boże Narodzenie, po tygodniu na przełomie lutego i marca, kwietnia i maja oraz w październiku, a także osiem tygodni letnich wakacji. Izabela Jopkiewicz
niedziela, 11 listopada 2007
W Amsterdamie to jest możliwe, a u nas?
U nas to jest niemożliwe - słowa te jak refren powracały do mej głowy, gdy dowiadywałam się o kolejnych pomysłach, które w sposób genialnie prosty czynią życie w Amsterdamie wygodniejszym dla każdego. Zobaczcie sami 1. W sercu Amsterdamu zobaczyłam busy zwane Opstapper. Objeżdżają centrum z jednego krańca na drugi. Nie mają przystanków, można wsiąść lub wysiąść gdzie się chce. Trasę pomyślano tak, by było z niej blisko do wielu środków transportu łączących centrum z innymi dzielnicami. Ułatwia życie zwłaszcza starszym osobom. 2. Życie pieszego i rowerzysty usprawniają też przyciski na wszystkich przejściach w mieście zmieniające światła na żądanie. U nas też są, ale kiedy będą wszędzie? 3. Patrząc tam na karnie zaparkowane auta pomyślałam o samochodach do granic możliwości upchniętych w centrum i na osiedlach Trójmiasta. Tam przydziela się płatne miejsca parkingowe w każdej dzielnicy. Poza centrum abonament za 12 euro kupisz od ręki, w śródmieściu czeka się latami. Jak ktoś pracuje w centrum musi wybrać rower, albo komunikację miejską, inaczej za godzinę parkowania zapłaci 4,50 euro. Turyści oddają auta do jednego z “car hotels” i też przesiadają się na rower. Mnie się podoba! 4. W centrum i przy parkach zauważyłam budki z bezpłatnymi pisuarami. W weekendy dodatkowo ustawia się przenośne przybytki. - Lepiej skorzystajcie z toalety na posterunku, jeśli macie sikać na nasze zabytki - napisano w ulotce od policji do turystów. Czyli jednak istnieje lekarstwo na zasikane trójmiejskie bramy?  Dla panów - proszę bardzo. Szkoda, że nie ma takich przybytków dla pań 5. Wracając do parków, tu park jest miejscem dla wszystkich. W każdym są boiska, urządzenia służące poprawie kondycji, plac zabaw, trawniki dla psów (oznaczone zieloną tabliczką) i nie dla psów (czerwona tabliczka). W sezonie spotkasz zarówno punka jak i emeryta. Można urządzić piknik. U nas taki park to tylko marzenie. 6. W środy w filharmonii muzycy grają półgodzinne darmowe koncerty. Są to próby generalne otwarte dla wszystkich chętnych. Sposób na wychowanie publiczności.  W tym budynku muzycy grają raz na tydzień za friko 7. Kolejne ułatwienie w korzystaniu ze sztuki to Fundacja Wypożyczania Sztuki, czyli SBK Kunstuitleen. Z kolekcji 55 tysięcy obrazów, fotografii i rzeźb można wypożyczyć dowolną ilość dzieł. SBK kupuje eksponaty u holenderskich artystów, pieniądze na ten cel ma z abonamentów od wypożyczających. Czas użyczenia dzieła nie jest określony, w każdej chwili można wymienić je na inne. Za obraz wart 500 euro płaci się miesięcznie pięć euro, za grafikę wycenioną na 3,5 tysiąca – 35 euro. Jeśli klient zdecyduje się kupić dzieło z kolekcji SBK, może je kupić. Cena będzie obniżona o sumę, którą dotąd wydał na abonament. 8. College Hotel to luksusowy hotel prowadzony przez nastoletnich uczniów tamtejszej szkoły gastronomiczno-hotelarskiej. Tylko kierownicy i dyrektor to doświadczeni pracownicy branży. Hotel jest własnością fundacji zajmującej się kształceniem zawodowym młodzieży. A u nas narzeka się, że pracownie zawodowe są słabo wyposażone... 9. Inna niezwykła inicjatywa to Friday Night Skate, czyli copiątkowy zlot rolkarzy. Każdy może się przyłączyć do nocnych eskapad wielbicieli rolek. Jeśli tylko ulice są suche - przez cały rok. 10. Na koniec turystyka. Dzięki karcie I Amsterdam można zwiedzać za darmo 25 muzeów i jeździć bez biletów miejskim transportem. Do karty dołączono przewodnik z listą uczestników programu. Karta działa od 1982 roku. Teraz Amsterdam, Londyn, Wiedeń i Barcelona pracują nad wspólną wersją. A gdyby tak Trójmiasto zjednoczyło siły przy okazji wspólnego biletu?
Marzenia o takim Trójmieście
Mój Amsterdam: miasto na wodzie, przyjazne rowerom, potęga turystyczna, wyznacznik trendów nowoczesnej architektury, metropolia dla ludzi... Po 11 dniach, które tam spędziłam mogłabym jeszcze długo wymieniać. Chciałabym, by wkrótce pasowały też do mojego Trójmiasta
Kierunkowskaz dla amsterdamskich rowerzystów. A dokąd zmierza Trójmiasto? Określenia opisujące Amsterdam przychodziły mi do głowy stopniowo w trakcie obserwacji życia codziennego, przy rozmowach z poznawanymi na ulicach mieszkańcami, urzędnikami, czy dziennikarzami. Wszyscy mówili, że nie wyobrażają sobie dla siebie innego miejsca, bo tu się po prostu dobrze żyje. Amsterdam bynajmniej nie wydał mi się rajem na ziemi. Każde miasto ma swoje wady i problemy, ale wierzę napotkanym tam ludziom, bo sama czułam się tam lepiej niż w Trójmieście. Lepiej w takich zwykłych miejskich sprawach. Bez trudu dojeżdżałam wszędzie na rowerze nie ryzykując życiem, jadąc autobusem nie tkwiłam w korku, miejsce na obiad wybierałam spośród setek knajp, a wieczorem dawałam się porwać tak obcemu Gdańskowi klimatowi miasta żywego po zmroku, przez cały tydzień pełnego ludzi żądnych kultury i rozrywki, co najważniejsze - niezależnie od wieku. Otaczały mnie czyste ulice, piękne stare i nowe budynki, frapujące małe sklepiki z towarami z całego świata, w których mogłabym zatracić się na długie godziny, gdyby czas pozwolił. Zazdroszczę amsterdamczykom takiego miejskiego życia, umiejętności maksymalnego wykorzystania historycznego dziedzictwa - sieci przeszło 150 kanałów, nie tylko na potrzeby turystów, ale i dla własnej przyjemności. ”Gdyby tak mogło być u nas”, ta zazdrosna myśl pojawiała się w mojej głowie i sądzę, że kiełkuje ona w umysłach wszystkich mieszkańców Trójmiasta podróżujących po dostatniej zachodniej Europie. Najwyższy czas nie poprzestawać na niej. W tydzień po powrocie odchodzi bezpowrotnie w dal i nic z niej nie wynika. A ja chciałabym, żeby z mojej reporterskiej podróży wyniknęło coś pozytywnego dla Trójmiasta. Dlatego przez najbliższe dwa tygodnie będę opowiadać na łamach Gazety różne historie stamtąd, historie z ”Mojego kawałka Europy”, bo takie hasło przyświeca tej serii artykułów. Zatrzymajmy się i pomyślmy o Amsterdamie i Trójmieście. Przejrzyjmy się w nim jak w lustrze, zobaczmy w amsterdamczykach nas samych, podpatrzymy ich pomysły, dajmy się zainspirować. Nie po to, by sklonować nad Zatoką Gdańską gród znad rzeki Amstel. Wiadomo, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, bo to nie te pieniądze, bo II wojna światowa, bo my jesteśmy inni... Spójrzmy na nich by wspólnie podyskutować o nas. Czym jest dla nas Trójmiasto? Czego nam jeszcze brakuje, by wszystkim dobrze się tu żyło? Na dobry początek dziesięć prostych rozwiązań, które działają w Amsterdamie, a u nas albo nie działają, albo po prostu ich nie ma. Izabela Jopkiewicz W ramach akcji ”Mój kawałek Europy” 21 dziennikarzy Gazety pojechało do różnych miast Europy, by szukać w nich inspiracji dla miast Polski (np. Łódź wybrała Lyon, Poznań Oslo, Wrocław Monachium). My wybraliśmy Amsterdam. Chcemy pokazać jak żyje się w tym mieście, jakie pomysły stamtąd możemy wykorzystać u nas. Liczymy na Wasze opinie. Czy Trójmiasto może być jak Amsterdam? A może z Waszych podróży po Europie przywieźliście swoje genialne rozwiązania dla Trójmiasta? Podzielmy się doświadczeniami! Zapraszamy do dyskusji na blogu amsterdamiza.blox.pl. Ślijcie też listy na adres izabela.jopkiewicz@gdansk.agora.pl oraz mikolaj.chrzan@gdansk.agora.pl
niedziela, 04 listopada 2007
A może jednak nie skończę tak szybko?
Siedzę w deszczowym Gdańsku i zajmuję się składaniem tego wszystkiego co zebrałam do kupy, czyli pisaniem tekstów - w końcu po to byłam w tym Amsterdamie. Nazwijmy to selekcją wrażeń i doświadczeń - nie wszystkie z nich trafią na łamy gazety, ale po cóż w końcu ma się bloga? na przykład bardzo podoba mi się praktyczne podejście Holendrów do świetowania urodzin królowej. Dzieje się to 30 kwietnia, wszyscy ubierają się wtedy na pomarańczowo (bo rodzina królewska wywodzi się z dynastii Orańsko-Nassau, po holendersku Oranje, co oznacza również kolor pomarańczowy). Tyle że obecnie im panująca królowa Beatrix wcale nie ma tego dnia urodzin. Tego dnia urodziła się jej matka, ale ponieważ impreza uliczna w lutym, kiedy Beatrix faktycznie przyszła na świat nie byłaby zbyt praktyczna, postanowiono nie przejmować się takimi szczegółami, jak daty no i stąd ten kwiecień. W czasie imprezy tłumy ludzi bawią się na placu Pałacowym (z pałacowego balkonu zaś zawsze wychyla się królowa i pozdrawia poddanych). Mili poddani produkują takie tony śmieci, że amsterdamscy śmieciarze sprzątają je później przez trzy dni. W ogóle bycie śmieciarzem w Amsterdamie, a zwłaszcza w centrum to ciężki kawał chleba. W centrum mieszka 90 tysięcy ludzi, drugie tyle przyjeżdża tu do pracy plus ok. 25 tysięcy turystów dziennie. Ludzie ci śmiecą ile wlezie, sama widziałam jak osobniki w różnym wieku rzucały śmieci gdzieś tam w biegu na chodnik. Ledwo wieczorem posprzątają po imprezach, rano znów jest syf. Służby sprzątające można zobaczyć w centrum o każdej porze. W ciągu dnia zamiatają poszczególne place, a wieczorem penetrują główne ulice, deptaki zwłaszcza. Jeden człowiek obsługuje taką jeżdżącą "miotłę", przed nim idzie ktoś z wężem i chlapiąc wodę zagarnia miotle śmieci, która też chyba je wsysa, bo znikają po jej przejeździe. Także Amsterdam to raczej czyste miasto, ale nie dlatego że ludzie nie śmiecą, tylko dlatego że sprząta się na okrągło. A jak jest z tym u nas? Czy codziennie widujemy miejskie służby oczyszczania?
wtorek, 30 października 2007
Chyba będę kończyć
Jest wtorek 30 października, Gdańsk. Z Amsterdamu wyjechałam samochodem w sobotę o 14, po drodze zahaczyłam o znajomych w Berlinie, gdzie przenocowałam. Do domu dotarłam w niedzielę o 21. Prawie 1200 km, po dobrych drogach, nie licząc kawałka w Niemczech i oczywiście rodzimych 360 km od granicy. Zamilkłam na tym blogu równie szybko jak się pojawiłam. Tempo życia przez te 11 dni w Amsterdamie było tak zawrotne, ilość nowych wrażeń tak gigantyczna, że po prostu kompletnie zatkało mnie pisarsko. Nie wiedziałam, co napisać na podsumowanie tych moich gorących dziennych zapisków - dla dziennikarza nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie -ale dla człowieka:)? Zaraz idę do redakcji podzielić się z kolegami moimi wrażeniami, wynegocjować trochę czasu na pracę nad tekstami i strategię na przyszłość. Bo ten blog to przecież tylko wstęp. Akcja Przystanek Trójmiasto-Amsterdam powróci na łamy Gazety 12 listopada. Czy uda mi się zainspirować władze? ludzi? naszego miasta tym, co dowiedziałam się tam. Zobaczymy. A na razie ostatnie spostrzeżenie z płaskiego kraju serów i chodaków. Na autostradzie czuje się, że to najgęściej zaludniony kraj Europy, trzypasmówka ledwo wystarczyła na niektórych odcinkach, by poruszać się w tempie 60 km/h.... Wyjazd z samego miasta nie trwał długo, ale obowodnica dziwnie kojarzyła mi się z naszą w godzinach szczytu. Przez cały wyjazd nie udało mi się spotkać żadnych Polaków, tylko bez przerwy słyszałam o nich od moich rozmówców: - świetnie pracują, robią remont u moich znajomych - powiedział Mitch, właściciel knajpy. - Nie widziałem nigdy Polaka turysty, ale pracujących jest bardzo dużo - mówił Tom, dziennikarz. - Znałam jednego Wojtka z Warszawy, co tu pracował a teraz ma radio swoje w Polsce - przypomniała sobie właścicielka wypożyczalni rowerów Starbikes. Nauczyciel Wault, który przyjechał do Amsterdamu z Bredy mówił, że jest tam ulica Generała Maczka i pomnik, bo jego armia wyzwoliła miasto. Jego brat jest żonaty z córką polskiego oficera... Świat jest mały, a Holandia to już w ogóle:) Czy jest tam inny świat? Czy nie mamy się z czym porównywać, bo to za wysokie progi? O, zdecydowanie nie, jest sporo rzeczy z którymi radzimy sobie jeśli nie lepiej to porównywalnie, niektóre problemy są uniwersalne. Inne są następstwem dobrobytu, który w stolicy Holandii gości prawie nieprzerwanie od XVII wieku. I to się widzi... Dlatego nie wiem, co odpowiedzieć na pytanie, czy chciałabym tam mieszkać... Mam porównanie z Berlinem, w którym spędziłam w sumie ponad rok. Dla mnie Berlin miał więcej "tego czegoś" w powietrzu... Muszę to przemyśleć, dlatego odmeldowuję się z tego bloga i dziękuję wytrwałym, którzy czytali moje skromne notki:) Zapraszam do Amsterdamu!:) na rowery i na łamy "Gazety" od 12 listopada
czwartek, 25 października 2007
Zima i dziewczyna z perłą
Idzie zima wielkimi krokami także i w Amsterdamie. Rowerzyści co prawda zakładają paltociki, szaliki i rękawiczki, ale czapek unikają jak ognia. Nie rozumiem ich zupełnie. Dziś napadłam śmieciarza, który w żółtych słuchawkach na uszach wrzucał zawartość pojemnika do śmierciarki. Bez problemu zostawił chodzący samochód na środku drogi i oddał się rozmowie z polską prasą. Później miałam spotkanie ze studentem w odlotowej kawiarni hotelowej jak z filmu gangsterskiego w latach dwudziestych. Fajny koleś, ćwiczy capoeirę i śpiewa bossa nove. Następnie pożegnałam się z Tomem Krelingiem - moją "wtyczką" w tutejszej prasie. Wręczyłam mu (może ok lepane?) goldwassera, bardzo się cieszył, wycałowaliśmy się na koniec, pokazał mi zdjęcie swojego 7.miesięcznego synka i poopowiadał o problemach mieszkaniowych: żona na macierzyńskim, tylko on pracuje, więc ciągle wynajmują mieszkanie (80 mkw. w zachodniej części miasta, 650 euro plus opłaty) i marne szanse na kredyt (brzmi znajomo?). A później: nareszcie! Rijksmuseum, a właściwie tymczasowy punkt wystawienniczy jako że muzeum w remoncie. Oczywiście Rembranty, Vermery itd. Genialny sposób pokazania "Straży Nocnej", każdy mógł wziąć w rękę planszę ze zdjęciem obrazu, co ciekawsze miejsca były powiększone i dopisano tam krótkie story, np. o jednym strażniku co miał pecha, bo mistrz zasłonił mu pół twarzy ręką innego strażnika, takie traktowanie postaci miało podkreślać ruch sportretowanej trupy. A później muzeum shop, gdzie można było kupić perły identyczne z oryginałem - takim jak dynda w uchu bohaterki słynnego dzięki filmowi (ze Scarlet Johansonn) obrazowi Vermeera "Dziewczyna z perłą". A jutro? Jutro ostatni dzień: trzeba iść do szkoły, później spotkanie z policjantem i jeszcze drobny reportaż z ulicy. No i w drogę.
|
|